Na aucie - BLOG

O autorze ↓

KIMCZI PO WŁOSKU

Korando 2012. Dobrze wygląda, całkiem nieźle jeździ. Trochę do poprawienia i będzie dobrze. Newspress
Postanowiłem zrobić sobie trochę wolnego od pisania. Motoryzacja mi się przejadła? Niekoniecznie. Poszło o coś całkiem innego. Na liście aut, których miała dotknąć moja ciężka stopa, znalazł się bowiem rzadko spotykany Ssangyong. Chciałem odetchnąć od tych wszystkich bajerów, od abeesów i eespe, od skóry i wbudowanej komóry, żeby na świeżo, z lekkim piórem, przejechać się (a co, brutalnie) po całkiem nowym, „koreańcu dla Europy”.

-Boże, co za kretyn zatrudnił tego rysownika. Ten facet jest Anglikiem? Nie, pan chyba żartuje. Ten samochód projektował ślepiec, a nie stylista? – mój sąsiad z garażu nie chciał uwierzyć, że ów bolid, na którego można się natknąć na ulicy, powstał w prawdziwej fabryce i był produkowane seryjnie. Mógłbym jeszcze dodać kilka podobnych, nawet bardziej niecenzuralnych określeń (zabawne, że w tych rozmowach często przewijało się szkolno-podwórkowe określenie – syf), ale słynny Ssangyong Rodius – najbrzydszy samochód świata – to już historia. Koreański wan, istotnie, był koszmarny. Ken Greenley zaprojektował „Rodiusa” w przypływie upadku formy lub w chwili, gdy Matka Natura wywołała u niego atak artystycznego szaleństwa. Może tego dnia było za dużo marihuany, może whisky polała się zbyt szerokim strumieniem? – to moje, oczywiście subiektywne, zdanie. I pewnie mogliby się do tej niechętnej wypowiedzi przyczepić zadowoleni właściciele Rodiusów, gdyby nie fakt, że nie tylko ja uznałem ten projekt za spartaczony. -Brzydki potwornie, i to z każdej strony. W zasadzie nikt by nie zauważył różnicy, nawet gdyby Ssangyong został pomalowany „olejną” - dziennikarze z Wyspy nie zostawili suchej nitki na motoryzacyjnej dumie Koreańczyków. Dodali jednak od siebie – i to też przypominam - że samochód był wprawdzie wykończony poniżej obowiązujących standardów, ale za to złożony bardzo dokładnie i niezwykle solidny. Gorzej, że w epoce mister Greenleya podobnych samochodów (a więc tych, których sylwetkę najdelikatniej można nazwać dyskusyjną) było znacznie więcej. Skutek? Cóż, koreańska kompania z roku na rok coraz bardziej słabowała. Dokładnie w tym samym momencie, gdy Ssangyong zwolna zwijał żagle w Europie, Kia i Hyundai miały się z dnia na dzień coraz lepiej. Fatalnie zrobiło się w roku 2009, kiedy najmniejsza koreańska kompania zatrzymała taśmy produkcyjne i postawiła się w stan upadłości. Ale potem przyszli Hindusi z Mahindry i mamy nowe Ssangyongi. Nowe w pełnym tego słowa znaczeniu, bo Koreańczycy (a może właśnie Hindusi) poprosili o pomoc włoskich stylistów z Italdesign. Efekt? Wyszło całkiem dobrze (zwłaszcza biorąc pod uwagę naprawdę mocną konkurencję w segmencie SUV). Korando nie wywołuje już w organizmie odruchu odrzucenia. Samochód zrobił się europejski. Znaczy ładny? Osobiście się nie czepiam, choć wolę ciut ostrzejsze kształty (dla takie niby-barokowe bulwy szybko się starzeją!). Popracowałbym również nad logo. Tak, tak, logo! Bo to niby drobiazg, ale trudno identyfikować się z firmą, która w swoim znaku firmowym ma coś, co wygląda jak rogi zmechanizowanego jelenia czy łopaty zelektronizowanego łosia. Ja tego nie kupuję. Nie mnie wprawdzie pozować na Steve'a Jobsa, ale wydałbym parę dolarów więcej na dobry znak firmowy.
Tyle na zewnątrz. A w środku? No tu już jest jak w przypadku nieszczęsnego Rodiusa – solidnie, ale bez polotu. Brakuje za to właściwych materiałów wykończeniowych – plastiki są czarne, twarde, na dłuższą metę pewnie zaczną skrzypieć. Fajna jest całkiem płaska podłoga, fajny jest oszczędny, ale mocny (200 KM) silnik Diesla. No i tu przerwa. Silnik jest ok, ale pracuje głośno. Podobno już jednak tę wadę wyeliminowano – dowiedziałem się nieoficjalnie. A i dobrze, bo dźwięki dochodzące do moich uszu spod maski testówki były nie tyle głośne, co irytujące. Czepiam się? Trochę, ale za to mi płacą. Aha. Dodam jeszcze plusik za wielowahaczowe zawieszenie z tyłu - działa bez zarzutu nawet na dziurawych polskich asfaltach.
Jaka będzie przyszłość Ssangyonga? Cóż. Po „Korando” ma być jeszcze lepiej. Bo Koreańczycy w cichości swoich warsztatów kombinują nad nowymi niszami. W maju w Polsce pojawi się ich pikap, który ma niezależne zawieszenie tylnych kół. Weźmie kilkaset kilogramów na pakę, a będzie jeździć tak komfortowo jak SUV-y. Poczekamy-zobaczymy.



Jemielita
Trwa ładowanie komentarzy...