O autorze
Rafał Jemielita i Marcin Klimkowski - dziennikarze (pierwszy) PLAYBOYA i (drugi) AUTO, MOTOR i SPORTU. Od lat pasjonują się motoryzacją, o której piszą, którą chłoną każdym zmysłem, o którą potrafią się kłócić, do upadłego. Pierwszy kocha motorsport, drugi przygląda się samochodom raczej jako gadżetom życia codziennego. No i telewizja - obydwóch można zobaczyć na szklanym ekranie (i za kierownicą): Rafał Jemielita współprowadzi magazyn "Automaniak" na antenie TVN Turbo, a Marcin Klimkowski - "Autonomię" w Polsat Play.

Mały może tyle samo

Downsizing – czyli w uproszczeniu obniżanie pojemności silnika i wyrównanie jego mocy za pomocą turbosprężarki – budził mój ogromny sprzeciw, do momentu, kiedy nie zrobiłem kilkuset kilometrów dużym autem z małym motorem.

Opel Insignia. Według mnie najlepszy na rynku samochód klasy średniej. Lepszy niż główni konkurenci – Passat i Mondeo (choć przyznaję, że nieznacznie). Przestronny, wygodny, nowoczesny. ŁADNY! Trochę już się opatrzyła ta limuzyna, bo jeździ Insigni po Polsce od groma, ale mimo to nie straciła nic ze swoich zalet. Przynajmniej wizualnych. Chociaż nie tylko. Ostatnio wpadł mi w ręce ogólnoeuropejski raport dotyczący awaryjności w poszczególnych klasach aut i wynika z niego jasno, że Insignia jest w czubie, jeśli chodzi o ten wskaźnik. Nie wątpię, że znajdą się wśród czytelników posiadacze Opli klasy średniej, którzy klną na swoje auta, ale ich subiektywne opinie na uśrednione dane nic nie poradzą – Insignie psują się rzadziej niż konkurenci.

Miałem to szczęście, że kilkakrotnie testowałem Insignie. Z silnikami podstawowymi – 1.8, mocniejszymi i najmocniejszymi (2.8), z benzyniakami i Dieslami. Ostatnio wpadł mi w ręce egzemplarz z motorem 1.4. Sięgnąłem do danych technicznych, przeczytałem – 140 koni mechanicznych. Zanim odpaliłem auto, byłem na nie.
Dlaczego? Downsizing pachniał mi brzydko. Co to za pomysł, żeby porządny, spory samochód wyposażać w malutki (jak na dzisiejsze standardy) silniczek. To nie pasuje, to nie jest fajne. Argumenty ekologiczne, że mniej spala, że jest równie szybki i elastyczny, puszczałem dotąd mimo uszu. Po pierwsze, nie dowierzałem, nauczony doświadczeniem, że jeśli auto ma turbo, to trzeba je kręcić wysoko, by z tego turbo skorzystać. Nie mam na myśli wynalazków bardziej ekskluzywnych, jak podwójna turbosprężarka w autach za 300 tysięcy, ale zwykłe turbo, które ma jednak tę wadę, że działa po chwili, rzadko od razu. A może to było moje własne, osobiste i nieobiektywne doświadczenie posiadacza wolnossącego pojazdu z Bawarii, w którym moc wzięto z pojemności 3.0, bez posiłkowania się erzatzem?

W każdym razie początki nie było przyjemne. Insignia wyła. Była to jej wina, czy moja? Po 20 kilometrach myślałem, że jej. Po 50 wciąż byłem o tym przekonany. Po 100 straciłem pewność, a po 500 wiedziałem już, że karta się odwróciła – moja wina.
Z każdym kolejnym kilometrem przyzwyczajałem się do pracy silnika 1.4 wspomaganego turbosprężarką. Wolniej naciskałem na gaz, dopiero po ułamku sekundy, spokojnie, kiedy wiedziałem już, że mam do dyspozycji maksimum mocy, operowałem pedałem przyspieszenia jak w każdym innym samochodzie.
Trasę Warszawa-Wrocław-Warszawa pokonałem w tym samym czasie co zwykle, nie musiałem brać poprawki na to, że jadę ciężkim przecież autem, z małym silnikiem. Zużycie paliwa było lepsze niż w porównywalny jeśli chodzi o moc benzyniaku 1.8. Na poziomie 10 litrów, nawet troszkę poniżej, przy dynamicznej, nieoszczędnej jeździe. Gdybym zabawił się w „jazdę o kropelce” zszedłbym bez problemu do 8 litrów. Tylko wtedy to naciskanie na gaz musiałoby być znacznie bardziej delikatne niż było, znacznie bardziej przemyślane.

Wciąż nie jestem entuzjastą małego silnika w wielkim aucie. Wciąż zgrzyta mi to nieprzyjemnie – 1.4 i duuuuuże auto godne menedżera średniej klasy albo dobrze radzącego sobie w dobie kryzysu ojca rodziny (dobrze wyposażona Insignia kosztuje dobrze ponad 100 tys. zł – to nie jest auto, które kupuje się tak, jakby pstrykało się palcami, przynajmniej nie w Polsce). Ale po zrobieniu Insignią tych kilkuset kilometrów doceniam przynajmniej pomysł i już nie podchodzę do niego jak pies do jeża.
W takim aucie jak Insignia podróżuje się wygodnie i komfortowo, uważam że najlepiej z Dieslem pod maską. Ale i kiedy jedzie się z silniczkiem, nie ma przykrości.

Klimkowski
Trwa ładowanie komentarzy...