O autorze
Rafał Jemielita i Marcin Klimkowski - dziennikarze (pierwszy) PLAYBOYA i (drugi) AUTO, MOTOR i SPORTU. Od lat pasjonują się motoryzacją, o której piszą, którą chłoną każdym zmysłem, o którą potrafią się kłócić, do upadłego. Pierwszy kocha motorsport, drugi przygląda się samochodom raczej jako gadżetom życia codziennego. No i telewizja - obydwóch można zobaczyć na szklanym ekranie (i za kierownicą): Rafał Jemielita współprowadzi magazyn "Automaniak" na antenie TVN Turbo, a Marcin Klimkowski - "Autonomię" w Polsat Play.

Paryż. Salon. Święto?

Motoryzacyjny świat po raz kolejny zjeżdża do Paryża, by utwierdzić się w przekonaniu, że salon samochodowy to jego – motoryzacyjnego świata – wielkie święto. Tylko czy w dzisiejszych czasach to ma sens?

Zamiast trzymać czytelnika w napięciu do ostatniej linijki, już teraz daję swoją, osobistą odpowiedź na to pytanie: nie ma. I ma, jednocześnie! Nie oszukujmy się, salony samochodowe to raczej relikt przedinternetowej przeszłości. Organizowanie ich miało sens wówczas, gdy tajemnica rzeczywiście była tajemnicą. Jechało się tam, by czegoś się dowiedzieć, o czym wcześniej się nie wiedziało, porozmawiać z właściwymi ludźmi, których w żadnym innym miejscu nie dało się spotkać i dotknąć nowości, które były nowościami, czyli takimi samochodami, których pojawienie się budziło sensację.

Tymczasem w wielkich, naprawdę gigantycznych halach Paryża, dane nam jest zobaczyć auta, których zdjęcia – WSZYSTKICH – możemy od kilku dni oglądać w internecie. Konferencje prasowe, w założeniu wydarzenia, na których informuje się dziennikarzy o czymś, o czym oni z kolei mają poinformować swoich czytelników/słuchaczy/widzów, są transmitowane w czasie rzeczywistym w sieci. To oznacza, że dziennikarze nie są potrzebni jako pośrednicy, co oznacza z kolei, że teza, jakoby powinni udawać się do Paryża, jest grubo naciągana.

Co jeszcze ważniejsze, salonowym nowościom nie towarzyszy już wielkie „tadam”! Ich dane techniczne są znane, wiele z nich zostało objeżdżonych przez speców na wiele tygodni przed główną – z nazwy – prezentacją. No to o co chodzi?

Otóż, chociaż o paryskich nowościach – Maździe 6, Fordzie Mondeo, Kii pro_cee'd, nowym Aurisie, uterenowionym Volvo, elektrycznym SUV-ie od Mitsubishi, prototypach Peugeota i McLarena – wiemy z grubsza wszystko, to właśnie na salonach, i jak na razie chyba tylko na nich, można ogarnąć – w którym kierunku to wszystko zmierza. To coś takiego jak tzw. korek w branży dziennikarskiej. Pozwólcie, że wyjaśnię. Otóż w każdej redakcji, mimo że redakcje są przecież skomputeryzowane, nowoczesne do tego stopnia, że nie trzeba do nich przychodzić, żeby pismo powstawało, jest tablica, na której wiesza się wydruki stron gotowych do dalszej obróbki. To nie żaden konserwatyzm i przywiązanie do tradycji, ale potrzebna rzecz. Dopiero rzut oka na tablicę pozwala ocenić, czy trzy tytuły tekstów z rzędu nie są w formie pytającej, czy w makiecie nie za dużo jest niebieskiego albo czerwonego, czy nie brakuje zdjęć ludzi, kosztem przedmiotów, albo na odwrót.

I tak samo jest z salonami motoryzacyjnymi. Co z tego, że wiadomo, co i kto pokaże, skoro większości chodzi o to, by przekonać się na własne oczy, jaki jest trend ogólny, podchwytywany przez liderów i ich naśladowców. Żeby nie być gołosłownym, w takim Paryżu na przykład jasno widać, że ścieżka zwana światem motoryzacji rozdzieliła się na trzy mniejsze. Pierwsza z nich nazywa się moc, druga jest elektryczna, wreszcie trzecia prowadzi w stronę aut niedrogich, ale „fajnych”, które dają radość posiadaczom, a nie wymagają, by się na nie rujnowali – Opel Adam, Mini Paceman, KIA pro_cee'd.

Reasumując, choć salony są bez sensu, a będą jeszcze mniej sensowne (czekam na rozwój technologii, która pozwoli on-line obejrzeć auto w każdym szczególe, a potem – czemu nie – dotknąć je i powąchać), to nie wierzę, by motoryzacyjny świat nie chciał ich celebrować. Siła tradycji jeszcze przez jakiś czas będzie większa, niż siła argumentów.

KLIMKOWSKI
Trwa ładowanie komentarzy...