Na aucie - BLOG

O autorze ↓

Ukradli mi samochód! I zaraz oddali.

Ulubiony. Nawet bardziej. Samochód, bez którego nie wyobrażałem sobie najważniejszego wyjazdu turystyczno-rozrywkowego roku. Został ukradziony i nie ma szans, bym go odzyskał. Jest też dobra wiadomość: oddali mi inny, podobny.

Raz do roku, na początku lipca, wraz ze swoimi czterema przyjaciółmi, udaję się na festiwal Heineken Open'er do Gdyni. To nasza męska tradycja, fenomenalnie cementująca przyjaźń. Dzięki wypadowi możemy posłuchać tego, co nowe na muzycznej scenie (latka lecą, a jednak chcemy być na bieżąco) i/lub powspominać stare czasy, oglądając słynne od lat zespoły. Ale tak naprawdę chodzi o to, żeby odreagować rok pracy, nie tylko w samych firmach, ale i orki w domu, z dziećmi, rodzinami, etc. W ciągu letniego tygodnia spłukać z siebie (czasami dosłownie, procentami) cały stres. Do tego Heineken Open'er nadaje się najlepiej!

Testuję samochody, więc od lat staram się tak żonglować swoim kalendarzem, żeby na cztery festiwalowe dni połączyć przyjemne z pożytecznym. Czyli zapisać się na jakieś ciekawe auto, które byłoby dobre na nadmorską wycieczkę. Czyli testować i podróżować w jednym. Byliśmy już więc na festiwalu Saabem 9-3 Convertible, Toyotą Corollą Verso, Volkswagenem Touaregiem czy... Skodą Fabią.

Aż cztery lata temu postanowiłem (-śmy, bo konsultowałem rzecz z przyjaciółmi) wziąć na próbę amerykańską legendę - Chryslera Grand Voyagera. Potem nic nie było już takie jak przedtem. Zaledwie po dniu samochód dochrapał się pieszczotliwych określeń w stylu "Chrystek" i "Grandek", a po kolejnym został oficjalnie nazwany "Openerobusem". Kolejną edycję festiwalu odwiedziliśmy nową generacją Grand Voyagera, następną - autem w innej wersji wyposażeniowej. Doszło do tego, że trudno mi sobie wyobrazić wyjazd na festiwal innym autem.

Chrysler Grand Voyager - piszę to z pełną odpowiedzialnością - był autem bez wad. Przynajmniej na moje (nasze) wycieczkowe potrzeby. Wszystko pasowało jak ulał. Ekonomiczny, ale żwawy silnik Diesla. Wygląd. Zawieszenie - jednocześnie komfortowe i pewne w zakrętach (pokonywanych spokojnie, bo to rodzinny van przecież). No i wyposażenie. Żadnego auta w życiu nie przetestowałem tak dokładnie. Kilka razy, rozpoznaniem w boju, a nie aranżowaniem sytuacji. System Stow 'N Go, czyli rozwiązanie umożliwiające PROSTE chowanie siedzeń drugiego i trzeciego rzędu w podłogę. Żadnego używania siły, żadnych kłopotów, stawiania oporu. Po prostu PROSTE. I nawet kiedy siedzenia są rozłożone, to bagażnik wciąż ma taką pojemność, żeby pięciu chłopa z plecakami, materacami i namiotami spakowało się bez kłopotów. A jeszcze schowki (idealne na puszki z piwem dla wszystkich poza DRD, czyli kierowcą niepijącym), gniazda elektryczne - na polu namiotowym okazało się, że jesteśmy jednymi z niewielu, którym nie padają komórki, bo auto ładowało ich kilka, jednocześnie. Wreszcie system multimedialny z nawigacją i twardym dyskiem, na który mogliśmy wgrać festiwalową muzykę, by dobrze przygotować się do koncertów. I jeszcze DVD z dwoma (!) ekranami (oddzielnie dla drugiego i trzeciego rzędu siedzeń). Słabo? Ja miałem wrażenie, że to rozpusta.

Aż nagle Fiat, nowy właściciel amerykańskiego Chryslera (który to już z kolei...) postanowił, że w Europie, poza Wielką Brytanią, Chryslera nie będzie. Modele tak, ale pod marką Lancia. Kiedy to usłyszałem, to - przyznaję bez bicia - puściłem Włochom taką wiązankę, jakiej wcześniej mi się nie zdarzyło (a później może jeszcze ze dwa razy, kiedy np. dowiedziałem się, że BMW chce postawić na silniki trzycylindrowe). Nie zrozumiałem po prostu: O CO CHODZI? Łaj? Dlaczego zamieniać coś, co jest dobre, w mojej opinii najlepsze, na niewiadomą.

Na test Lancii Voyager czekałem zestresowany, jak chyba na test żadnego innego auta. Bałem się, że coś zmienią, "polepszą", czyli w rzeczywistości schrzanią w imię fałszywego przekonania, że jeśli "nowe" to maksymalnie różne od "starego".

Ufff. Nic, naprawdę prawie nic nie popsuli! Tylko ten schowek między fotelami kierowcy i pasażera jest teraz nieruchomy. W Chryslerze można go było przesuwać (bardzo fajne), a teraz w Lancii już nie można (bardzo niefajne). Żadnych innych radykalnych zmian. Stow 'N Go działa jak działał (choć miałem uboższą wersję Lancii, gdzie chowanie rzędów II i III odbywało się ręcznie), multimedia bez zmian, wygoda, komfort, wykonanie (tak, tak, Chrysler, chociaż "Amerykanin", ale był doskonale wykonany, z dobrych materiałów na dodatek). Kilka kosmetycznych zmian w nadwoziu, zegarach, oznacza tak naprawdę facelifting dotychczasowego modelu. Dodano czujniki: martwego pola i utrzymujący w pasie ruchu. Nie marzyłem o nich, ale skoro są...

No i tak to wygląda: ukradziono mi Chryslera, dano w zamian taką samą Lancię. Po co ta zmiana? To wiedzą tylko Włosi. Według mnie bez sensu, bo rzesza kupców Chryslera decydowała się na Grand Voyagera w takim samym stopniu ze względu na to, że był najlepszym vanem na rynku, jak na to, że był autem "Made in USA". Ale, jak mówię, może oni wiedzą coś, czego ja nie wiem.

Dla mnie ważne jest to, że Openerobus istnieje. Nie zniknął z rynku, nie stracił żadnej ze swoich zalet. Nazywa się tylko inaczej - Lancia Voyager, a nie Chrysler Grand Voyager. Czy w tym roku w Gdyni będzie to miało jakieś znaczenie?

Marcin Klimkowski
Trwa ładowanie komentarzy...